Kupiłem ten pojazd pod koniec 2007 roku. Dla przyjemności przejechałem nim około 1000 kilometrów. Naprawdę fajny wózek i dobrze się go prowadzi. Jak pracował na wszystkich cylindrach to niezły z niego był wymiatacz, jak na rocznik 1968. Zawieszanie pracowało gienialnie pomimo swojej prymitywnej konstrukcji, a może właśnie dzięki niej. Wielowachaczowe tematy są dla gejów. Dodam jeszcze, że miał wir w zbiorniku. Nie jestem w stanie określić ile palił. Fajne fury z reguły dużo palą, ale jak będzie z tym przekonam się po odnowiniu gaźnika i remoncie silnika. Tymczasem poniżej odkryjcie kolejne etapy rekonstrukcji, która jak mam nadzieję nie utknie....

Najpierw wyjąłem z kumplami silnik. Nie było łatwo, ale wszystkie śruby się odkręciły. Potem pod osłoną nocy przecholowaliśmy całość do mojego garażu, gdzie wózek miał spędzić następnych kilka miesięcy. Silnik dojechał do mnie tydzień później.

Jeszcze przed demontaźem silnika wyjąłem fotele. Został tylko ten kierowcy, bo jakoś musiałem dojechać do kolegi na wyjęcie silnika. Gdy znów "Mały Pies" był u mnie rozbroiłem przód i przedział silnika. Błotniki przednie, niestety plastikowe, zachowałem.

Potem przyszła kolej na drzwi, resztę z wnętrza, klapę, maskę, zbiornik. dmuchawę i wszystko, co może być wewnątrz samochodu.

Wyjęcie wiązek elektrycznych zajęło mi trochę czasu, bo fotografowałem ich przebieg i opisywałem przewodu i końcówki. Niektórzy mówią, aby je zrekonstruować na nowych przewodach... zobaczymy.

Umyłem budę karcherem, aby usunąć zanieczyszczenie (coś pochodzenia maszynowo-przemysłowego)
i brud, syf (coś pochodzenia roślinno-zwierzęcego). Następnym krokiem była wizyta w pobliskim warsztacie celem zdemontowania zawieszenia.

Równolegle zajmowałem się silnikiem. Tłoki i gładzie były w całkiem niezłym stanie. Korbowód i wałek pośredni pozostały w pierwszej grupie selekcyjnej. Zakupiłem panewki, pompę wody i uszczelki. Łożysko sprzęgłowe i inne dyrdymały. Głowica wypadła kiepsko. Pęknięcie poprzeczne w połowie długości. Poszła na planowanie i podobno zostanie tak dociśnięta, aby uniknąć niespodzianek.

To już w drodze na demontaż zawieszenia.

A ku ku... tu już bez mostu. Co zadziwiające, poszło prawie bez zerwanych śrub.

Buda w drodze do piaskowania. Jedziemy lawetą Pająka do zakładu Trójkąta. I to by na razie było na tyle.

Oto felgi i elementy zawieszenia już po piaskowaniu i lakierowaniu proszkowym. Piaskowanie odbyło się w zakładzie Trójkąta.

To jest podwozie Mojego Psa Szos po usunięciu szlamu i smoły. Za chwilę będzie piaskowane.

Podwozie po pierwszym piaskowaniu w zakładzie Trójkąta. Podobno blacharz zejdzie jak to zobaczy.

Przednia część podwozia.

Oto jedna z największych dziur.

Oto buda już u blacharza, Grzegorza Balińskiego przy parowcowej w Warszawie. Całośc jest pokryta cienką warstwą podkładu. Tak tylko ażeby zabezpieczyć ją przed deszczem. Niestety podczas wielkiej sierpniowej ulewy trochę wody dostało się do środka, jednakże nalot jest tylko powierzchniowy.

Miejsce, gdzie 100 zawsze rdzewieją. Wstawka jest i jeszcze tylko czyszczenie spawów.

Kolejne niefortunne miejsce w 100. Po śrdoku ślad poprzedniej naprawy wykonanej ogólnie bez rewelacji, ale do zniesienia.

Pan Grzegorz podczas pierwszej, bardzo wstępnej przymiarki maski, błotników i pasa przedniego. Powoli, bardzo powoli zaczyna to wyglądać jak samochód. Ważna wiadomość dla moich wiernych fanów jest taka, że wszedłem w posiadanie, jak widzicie na poprzedzającym zdjęciu, stalowych błotników. Niedawno pojawiły się także reperaturki tylnych nadkoli. Czekam niecierpliwie na przednie, boczne fartuchy.

W tzw. międzyczasie po wypiaskowaniu i pomalowaniu przez w/w Grzegorza przygotowuję do ostatecznego skręcenia most.

A to jest przednia belka i piasty. Z tego wszystkiego brakuje jedynie gotowych zacisków, wahaczy górnych oraz amortyzatorów. Czyli jeszcze dużo, lecz koniec tematu zawieszenia jest bliski.

To służy do skręcania. Podziwiam człowieka, któremu chciało się piaskować te śruby. Większość to calówki. Dostępność nówek jest znikoma. Po wypiaskowaniu ocynkowane na "żółto". W grudniu 2008 prace po dynamicznym listopadzie wyraźnie spowolniły. Styczeń chyba nie będzie lepszy. Poza tym jest zimno. A niech to... Trzymajcie kciuki... może wyjadę w sierpniu...

Wcale nie zaniedbałem silnika. Wreszcie po dłuższej przerwie znów coś wrzucam na stronę. Wał i wałek pomierzone i można je wykorzystac bez obróbki. Cała reszta już oczyszczona. Czekam, aż blok wróci ze szlifu.

Blok wrócił ze szlifowania cylindrów. Jak się ma dwa bloki i dwa zestawy tłoków zawsze coś da się sklecic. Tylko go jeszcze oczyszczę. Pewnie też wymienię broki, ale za bardzo mi się nie chce.

Przygotowuję pozostałe części. Ostatnim większym tematem silnikowym będzie sprawdzenie rowków w tłokach i dobranie pierścieni. Potem to najprzyjemniejsze, czyli składanie. Ilekroc coś składam to serce mi rośnie, bo z nieładu podłogi garażu wyłania sie bardzo powoli coś, co kiedyś może jeździc.

"Tymczasem czas" biegnie nieubłaganie. Zbliża się nowy sezon, a ja mam nadzieję, że jeszcze tym wozem wyjadę, zanim przyjdzie zima....

Jeszcze tylko rzut oka na gaźniki, pożeracze zupki....

Wreszcie karoseria wróciła od lakiernika. Gośc pracował nad nią cyba dwa miesiące, ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Rozpoczyna się montaż. Teraz wyzwaniem jest zorientowanie się w którym pudle co leży. Pomimo zastosowania zaawansowanego systemu sortowania przez Moją Drogą Żonę. Ostatnie wtryski zabezpieczenia i jedziemy...!

Wydaje mi się, że teraz wygląda trochę inaczej... 

Drzwi już są właściwie gotowe. Ustawiane będą razem z przodem...

Jeszcze zgrabniejszy tył...

Jeszcze nie ma czym, ale kierowac już można...

Jak zwykle żyję cichą nadzieją, że w 2010 on wyjedzie...
|